Początkowo nie poznałem Marli.
Miała na sobie szerokie spodnie trzymające się jedynie za sprawą mocno ściśniętego na biodrach paska, a ja pamiętałem ją z czasów kiedy nosiła rozkloszowane spódniczki i sukienki, dzięki którym łudząco przypominała Catherine Deneuve za swojej świetności. Dzisiaj we włosach nie miała już wpiętej wstążki, na ustach nie błąkał się cień uśmiechu, a czerwoną pomadkę musiała zostawić w domu, bo widziałem jedynie sine, spierzchnięte wargi. Ostatni raz, gdy ją spotkałem, burza kręconych loków za każdym poruszeniem głowy wpadała jej do oczu; teraz sięgały jej zaledwie do ramion, a ja mogłem patrzeć i patrzeć w jej brązowe oczy i nigdy nie wpadłbym na pomysł określić ich czekoladowymi. Były – jak cała Marla – czekoladopodobne, jak wyrób, który nie rozpuszcza się pod wpływem ciepła, a jedynie zamienia w lepką breję, bo kiedy pięć lat temu piegi dodawały jej uroku, dziś wyglądały jak żart na rudowłosej dziewczynce. Włosy Marli nigdy nie były rude, ale ciemny blond bardziej przypominał słomę niż jakikolwiek odcień miodu, a mnie, jak długo pamiętam, zawsze kojarzyły się z niedzielnymi śniadaniami i miodem na świeżym, jeszcze gorącym chlebie. Miała tak samo owalną twarz jak przy ostatnim spotkaniu, ale dziś, widząc pieprzyk na lewym policzku, myślałem tylko o tym, jak bardzo mam ochotę wyciągnąć pióro i dorobić jej taki sam po drugiej stronie nosa, jak gdyby bez tego wszelkie zasady symetrii i wszechświata nie mogły współistnieć.
— Wejdź — powiedziałem, cofając się w drzwiach i nie mogąc oderwać wzroku od tego kuriozalnego widoku Marli wchodzącej do mojego mieszkania po pięciu latach wzajemnej ignorancji. Czy powinienem jej zaproponować kawę? Marla, którą znałem, nie potrafiła przeżyć dnia bez kawy z mlekiem, ale Marla przede mną nie przypominała w żadnym stopniu prawdziwej Marli.
Chyba powinienem nadać jej nowe imię – czuję, że moje myśli brzmią śmiesznie.
— Nie byłam pewna, czy tu będziesz — powiedziała, przygryzając wargę i mierząc mnie spojrzeniem, którego nie potrafiłem rozszyfrować. Nie potrafiłem nigdy, pomimo tego, że zawsze upierała się moja twarz jest jak książka, nienawidzę tego. Byłem w stanie podać pięć innych rzeczy, których nienawidziła Marla, ale ona sama zawsze była największą zagadką, jakby na przekór temu, co chciała sobą reprezentować.
Zamilkliśmy oboje, ona wpół słowa, z otwartymi ustami, jak gdyby chciała mi coś powiedzieć, ale zrezygnowała z tego w ostatniej chwili.
— Chcesz się przejść? — spytała w końcu, prawie wypluwając te słowa, a ja tylko nieznacznie pokręciłem głową, z cieniem przerażenia wpatrując się w oblicze Marli. Nie wiedziałem, dlaczego tu jest, a jej zachowanie – jakby w obawie, że sama obecność nie wystarczała – budziło nieprzyjemne poczucie niewytłumaczalnego niepokoju. Przełknąłem ślinę zastanawiając się jak długo będę musiał czekać aż dowiem się, co jest powodem jej najścia mnie w samo południe.
— Chyba pada? — Jej mokre włosy były wystarczającym dowodem, a ja…
A ja dopiero w tej chwili zorientowałem się, że to nie była propozycja przypadkowego spaceru.
— Nie ułatwiasz mi tego — szepnęła, a ja już wiedziałem, że cokolwiek Marla miała mi do powiedzenia, było to tak nieprzyjemne, dla niej wręcz niekomfortowe, że chciała i mi odebrać trochę z poczucia bezpieczeństwa, które dawało znajome mieszkanie. Nie byłem głupi, nie byłem zwolennikiem równych startów i szans, ale – co najważniejsze – nie byłem posiadaczem żadnego parasola, a nie w smak byłoby przeziębienie się w tak idiotyczny sposób.
Zamknąłem za nią drzwi i stanęliśmy naprzeciw siebie: ja, niewiele wyższy od Marli, z tą irracjonalną przewagą nad wskazaniem jej miejsca, w którym może usiąść – i ona, ze zmoczonymi włosami i cieniem dawnej siebie, trzęsąca się lekko z zimna, a pomimo tego to mnie przeszły ciarki. Patrzyliśmy tak na siebie przez chwilę, zrobiło się ciężko i nieprzyjemnie, a niewypowiedziane słowa grzęzły pomiędzy nami z każdą mijającą sekundą, uświadczając nas w przekonaniu, że trzeba było je wyrzucić z siebie na samym początku. Ciszę przerywało tylko natrętne kapanie wody z niedokręconego kranu i to, co irytowało mnie w tej chwili bardziej od niesymetrycznego pieprzyka Marli to wstrętne kap, kap, kap odliczające czas do wielkiego wybuchu, jakim miały być słowa blondynki.
— Herbata ci pomoże? — spytałem tak, jak gdyby od jej szeptu nie minęło za dużo czasu, ale w odpowiedzi pokręciła tylko głową. Nie mogłem trwać tu wiecznie, nie kiedy woda lecąca z kranu i Marla tutaj szargały moje nerwy z dwóch stron, tak więc próbując rozładować trochę atmosferę przywołałem na twarz uśmiech i rzuciłem, na tyle swobodnie, na ile byłem w stanie: — Kawa?
Marla uśmiechnęła się w odpowiedzi, a ja odetchnąłem z ulgą i wyciągnąłem rękę po brązowy płaszczyk, który miała na sobie. W chwili kiedy wieszałem go na stojaku w moich myślach pojawiło się pytanie, które wstrząsnęło mną na tyle, bym znieruchomiał na ułamek sekundy.
Kim była dla mnie Marla Dawson, że w momencie pojawienia się jej w moim mieszkaniu traciłem resztki samokontroli?
Pięć lat temu widywałem ją względnie często, razem pijaliśmy kawę i paliliśmy podobne papierosy, choć nigdy nie rozumiałem jej poczucia humoru. Kiedy chodziłem do pracy na wieczorną zmianę, popołudnia spędzałem z Marlą w wypożyczalni, wspinałem się po drabinie i szukałem najlepszych kaset, które potem mogliśmy oglądać w akompaniamencie taniego jedzenia zza rogu. To mnie przypadła mało zaszczytna rola tego, kto ukształtował jej gust filmowy – w wolnych chwilach spieraliśmy się o wyższość Bunuela nad Dalim i choć początkowo nie chciała dać się przekonać, byłem prawie pewny, że jej późniejsze argumenty to konsekwencja słów, których nie chciała cofnąć, jakby w obawie przed tym, że miałbym wybuchnąć gromkim śmiechem. Nic bardziej mylnego, Marla nigdy nie była obiektem moich żartów, a nasze dyskusje nie sprowadzały się do wygranych i przegranych, stawiania odpowiedniej ilości gwiazdek przy konkretnych kasetach; czasem żałowałem, że nie jestem w stanie przenieść tych rozmów na inny pułap, bo nadszedł taki czas, kiedy pojawiałem się w piwnicy, a ona już wsuwała VHS do odtwarzacza. Tylko czasem zahaczaliśmy o tematy innej sztuki, wtedy przekonałem się, że Marla śmieje się z Duchampa. Raz z torebki wypadł jej Fitzgerald, ale schowała go szybciej, niż zdołałem dojrzeć tytuł na okładce; milczała, gdy wspominałem o jej meloniku, łudząco podobnym do tego, który nosił Churchill, a ja z czasem zaakceptowałem fakt, że bez Rose mogliśmy rozmawiać tylko o filmach i historiach dziejących się na naszych oczach.
Pięć lat temu Marla przyjaźniła się z Rose, która była całym moim światem.
Nazywała się Rosemary, ja myślałem o niej Rose, choć czasem nazywałem Mary, w zależności od dnia, pogody, humoru i miejsca. Na pierwszą randkę przyniosłem jej białą lilię i zażartowałem stwierdzeniem, że nie byłem do końca pewien, jak miała na imię – wystarczyło, by rozładować atmosferę i usłyszeć jej śmiech, śmiech, dla którego później byłem w stanie popełnić wiele głupot. Była idealna do granic możliwości, z czerwoną szminką na ustach i w mojej koszuli, pewnej nocy czekała na mnie w łóżku aż wrócę z baru, a porankiem obudził mnie zapach rozmarynu, który dodała do ciastek. Zapakowała je w szary papier, schowała do kieszeni kurtki i szepnęła do ucha, że nie może znieść myśli, jakbym miał nie mieć jej obok siebie – a ja już wiedziałem, że nigdy nie chcę mieć nikogo innego. Każdego wieczora serwowałem w barze drinki dziesiątkom kobiet, ale odkąd ujrzałem Rose wiedziałem, że to ona będzie najmilszym kłopotem, jaki zjawił się w moim życiu.
Nie myślałem, że pewnego dnia może rozpłynąć się bez śladu, bez słowa wyjaśnienia, jak gdybym był tylko epizodem w jej wielkim planie, szlakiem, który się już przetarł, niepotrzebnym elementem, który można odrzucić w kąt. Chociaż to tak bardzo niepoprawne, czułem się jeszcze gorzej, jednego popołudnia całując ją w policzek i nie wiedząc, że to ostatni dzień, w którym ją widzę – zniknęła bez uprzedzenia, jakiegokolwiek pożegnania, choć nie wiem, czy na podobne sytuacje istnieją odpowiednie słowa. Wiem tylko, że Rose ich nie znalazła, przepadła w jednej chwili, jak kamień w wodzie, a Marla była w stanie powiedzieć mi tylko, że wyjechała. Nie wiedziała gdzie, na ile i dlaczego, nie wiedziała, czy to moja wina, ją też zostawiła Rose, z tą różnicą, że Marla miała swoje historie na kasetach, tysiące dźwięków i obrazów, podczas gdy mnie został jedynie alkohol rozlewany do dziesiątek szklanek każdego wieczora.
Alkohol i dziesiątki szklanek, w pomieszaniu z tym, o czym nie chciałem myśleć.
Tych kilka miesięcy z Rose – to było jak zachłyśnięcie się tym wszystkim, czego nigdy nie miałem, obrazami serwowanymi na kliszach, tandetnymi zdjęciami par trzymających się za ręce, pocałunkami i śmiechem w uszach, choć widząc w lustrze bukiet rozmarynu, śmiałem się głośno z własnego odbicia. Byłem jak ślepy głupiec, w początkach tego, co mieliśmy znajdując radość z całego życia – bez Rose nie było takie pełne. Nigdy nie była moją różą, bo dla mnie nie miała kolców, niezręczne rozmowy i jej uśmiech, który płoszył wystudiowane wcześniej gesty i słowa, przy niej traciłem zmysły i nie zastanawiałem się nad tym, co jutro czy wczoraj. Ta początkowa nieśmiałość, płochliwość gestów, ucieczki spojrzeń i myśli, na które nie wiedzieliśmy, czy możemy sobie pozwolić, gubiłem wszystko to, co mówiło: to nierealne. Byliśmy tam, razem, jak nowicjusze doświadczając bajkowych historii, wstydliwych pierwszych pocałunków i zazdrosnych spojrzeń tych, którzy obserwowali nas z boku.
Dzisiaj nie mam już Rose. Nikt mnie o to nie pyta, ale gdy widzę Marlę wiem, że już wcale nie chcę jej mieć, tej Rose sprzed sześciu i pięciu lat. Tej pierwszej, która wepchnęła mnie w przesadzony świat bez gorzkich łez, okręciła wokół siebie tak, że nie byłem już Lukiem Brownem, a chorym szczeniakiem z nieobecnym, narkotycznym uśmiechem szczęścia na ustach, z naiwnym marzeniem o tym, jak świat pada mi do stóp. Teraz wiem, że stałem po kostki w bagnie, a z każdym tym nędznym zrywem romantyczności, sadzeniem roślin w doniczkach na parapecie i wycieczkami po dachach Londynu, z tym wszystkim – zapadałem się coraz głębiej, w końcu lądując po uszy w gównie, nawet jeśli pozornie pachniało rozmarynem. Zostałem typową nastolatką z romantycznych opowieści w wieku dwudziestu jeden lat, z wielką ideą miłości, bo to te dwa słowa, kocham cię, szeptałem do uszu Rose, a ona odpowiadała tym samym. Dzisiaj czuję zniesmaczenie na samą myśl o tym, co mogło wydawać mi się sześć lat temu, patrzę na siebie z tamtego czasu i zastanawiam się, czy nazywałem się wtedy Luke Brown, a jeśli tak – jak można na rok przestać być sobą?
Mogę śmiać się tylko z tego, jaką Rose sprzed pięciu lat, ta sama, której wtedy nie mogłem pojąć, którą wciąż kochałem i nienawidziłem jednocześnie, za którą, gdybym tylko wiedział gdzie, chciałem jechać na drugi koniec świata – jaką właśnie ta Rose wyświadczyła mi przysługę.
Teraz tylko obserwowałem Marlę, która przecież wiedziała, gdzie iść, a i tak odwróciła na mnie niepewna wzrok, szukając jakiegoś niemego potwierdzenia; kiwnąłem głową, wskazałem jej kuchnię i przez moment zastanawiałem się czy to na pewno dobry pomysł. Mogłem powiedzieć jej, że nie mam czasu, zaraz muszę gdzieś wyjść, odwlec rozmowę, tę, której treść pozostawała mi nieznajoma, a przez to jeszcze bardziej paraliżująca. Zawsze, zawsze, gdy ktoś mówił mi musimy porozmawiać podświadomie czułem, że to nie może być nic dobrego. Marla może nie użyła tych dwóch słów, słów, które przecież zwiastowały katastrofę, ale była tutaj, w mojej niebieskiej kuchni, właśnie odsuwała krzesło, wcześniej posyłając mi pytające spojrzenie. Tak bardzo, jak chciałem podejść do niej, złapać ją za ramiona i potrząsnąć, krzycząc „Marla, co się dzieje?”, tak bardzo bałem się poznać odpowiedzi.
Stojący na kuchence czajnik napełniłem wodą i przez chwilę szukałem zapałek, starając się ignorować niepozmywane naczynia w zlewie. Marla zdążyła już zawiesić na nich wzrok, zresztą – w tym ciasnym pomieszczeniu były chyba jedyną rzeczą wartą uwagi, niewielka lodówka, kilka szafek z niebieskimi drzwiczkami, w rogu upchane dwa krzesła i stolik, na ścianie zeszłoroczny kalendarz wskazywał grudzień 1978 roku, a ośnieżone drzewa na nim były chyba jedyną ozdobą. Wstawiłem wodę, odwróciłem się przodem do Marli i po chwili milczenia spytałem:
— Co u ciebie? — W chwili zadania tego pytania już czułem, że jest bardzo głupie, ale zagryzłem tylko wargę – chyba w obawie przed tym, że mogę rzucić kolejny idiotyzm.
Marla przez chwilę patrzyła na mnie swoimi dużymi, teraz wręcz wyłupiastymi oczami, chyba równie zdziwiona tym, jak bardzo utartymi schematami mieliśmy się właśnie posługiwać, ale w końcu odpowiedziała ostrożnie:
— Niewiele się zmieniło… Tylko mieszkanie. Wciąż pracuję w wypożyczalni. — Zagryzła wargę i zmierzyła mnie niepewnym spojrzeniem, a ja, widząc, że chce coś powiedzieć, nie zabierałem głosu. — Luke, wiem, że teraz powinnam spytać, co u ciebie, ale nie po to tutaj przyszłam i nie chcę…
— Co u Daniela? — przerwałem jej i w tej chwili obydwoje zamilkliśmy. Marla patrzyła na mnie ze zdziwieniem, a ja sam kląłem na siebie w myślach. Zacisnąłem mocno usta, jak i pięści, świetnie, Brown, oto dorosłe podejście do sprawy. Nawet sam sobie nie potrafiłem wytłumaczyć, co w tym wszystkim stresuje mnie aż tak mocno, że musiałem posiłkować się podobnie tandetnymi chwytami – zwłaszcza, że siedząca przede mną osoba była chyba ostatnią, która dałaby się na nie nabrać.
Przynajmniej w tej kwestii się nie myliłem – Marla, kiedy już odwróciła ode mnie wzrok, z powrotem wbijając go w swoje paznokcie, nie odpowiedziała. Równie dobrze wiedziała, że wcale nie interesowała mnie odpowiedź, obróciła tylko pierścionek na palcu i zwróciła się do swoich dłoni:
— Naprawdę muszę ci to powiedzieć. Wolałabym nie, naprawdę. — Tym razem uparcie milczałem, w duchu wciąż ganiąc się za wcześniejsze zachowanie. — Wiem, że to już jest przeszłość i pewnie nie chcesz do tego wracać, ja też nie, ale… ale Rose wraca. Do Londynu.
Marla podniosła na mnie wzrok, a ja czułem, jak bagaż, który zrzuciła z ramion przelatuje gdzieś obok i ląduje z wielkim hukiem. Nie na mnie. W jednej chwili poczułem ulgę i uśmiechnąłem. To była ta nieprzyjemna wiadomość, ta, która miała wywrócić mój świat do góry nogami? Zaśmiałem się pod nosem i całe napięcie, które zebrało we mnie przez te kilka chwil, zdążyło uciec w jednej sekundzie.
— W porządku. — Marla zamrugała, zdziwiona, a ja tylko pokręciłem głową, wciąż uśmiechając się do samego siebie. — Naprawdę w porządku.
Czy spodziewała się, że ta wiadomość będzie dla mnie jakiś wielkim ciosem? Może wciąż widziała we mnie zakochanego głupca, który nie potrafił przyjąć do wiadomości tego prostego komunikatu Rose: już cię nie chcę, tyle tylko, że ja nie chciałem jej równie mocno, już nie. Nie musieliśmy mieć nic wspólnego, nie przywłaszczałam sobie żadnej części Londynu, nie miałem bronić jej chodzenia moimi uliczkami czy kupowania świeżego pieczywa w mojej piekarni, tak naprawdę mogliśmy mijać się na Oxford Street i uśmiechnąć do siebie na wspomnienie starych czasów. Kiedyś mogłem czuć żal czy ośmieszenie, ale to wszystko już wyparowało, nie potrzebowałem jej nic wygarniać, rzucać oskarżeniami czy ruszać sumienie. Nie byłem już na nią zły, nie miałem nawet niczego za złe, tak naprawdę – nie chciałem od Rose nic, może tylko by pozostała wspomnieniem mojego dwudziestego pierwszego roku życia.
— Nie, ty chyba mnie nie zrozumiałeś — zaczęła Marla, a ja tylko uśmiechnąłem się szerzej.
— Posłuchaj…
— Nie, Luke, to ty mnie posłuchaj — przerwała mi, po raz pierwszy nieco podnosząc głos, a ja byłbym ślepy gdybym nie dostrzegł jej nerwowego zakładania kosmyków włosów za ucho. — Rose wraca do Londynu i musi się mieć gdzie zatrzymać, a to… to jest jej mieszkanie.
Marla zamilkła, a ja skamieniałem. Nie myślałem, ale nie chciałem widzieć tej miny, która właśnie pojawiała się na jej twarzy. Uśmiechnąłem się i parsknąłem lekkim śmiechem, nagle bardzo żałując, że nie mokniemy na zewnątrz.
— Jasne — powiedziałem, bo co innego miałem powiedzieć w chwili, gdy Marla patrzyła na mnie swoimi brązowymi, wyłupiastymi oczami? Nie uśmiechnęła się jednak, nie posłała mi żadnego spojrzenia mówiącego „wiem, że niefajnie, ale to życie”, a ja nie wiedziałem, jak powinienem się teraz zachować, bo jedynym, co miałem w głowie było gdzie ja, do cholery, mam się wynieść. Chciałem pytać dlaczego, jakim prawem, jednak doskonale wiedziałem jakim prawem, bo mogłem być tylko barmanem, ale zdawałem sobie sprawę z tego, jakimi zasadami posługuje się ten świat. — Jak… — zacząłem, ale zaraz pokręciłem głową. Gdyby przede mną stała Rose, mógłbym wchodzić w tę dyskusję, mówić i zadawać pytania, ale przy stoliku siedziała Marla, Marla, która była tylko jakimś pośrednikiem, niczemu winna, a ja, zaczynając to przy niej, czułbym zażenowanie patrząc na własne odbicie. — Kiedy będzie tu Rose?
— Pod koniec miesiąca.
Kiwnąłem głową na znak tego, że zrozumiałem i przyswoiłem tę wiadomość. Trzy tygodnie. Miałem trzy tygodnie na spakowanie swojego życia i znalezienie nowego miejsca, gdzie mogłem je umieścić, nawet tymczasowo. Czajnik zaczął gwizdać, a ja usłyszałem donośny trzask dobiegający z innego pokoju.
Miała na sobie szerokie spodnie trzymające się jedynie za sprawą mocno ściśniętego na biodrach paska, a ja pamiętałem ją z czasów kiedy nosiła rozkloszowane spódniczki i sukienki, dzięki którym łudząco przypominała Catherine Deneuve za swojej świetności. Dzisiaj we włosach nie miała już wpiętej wstążki, na ustach nie błąkał się cień uśmiechu, a czerwoną pomadkę musiała zostawić w domu, bo widziałem jedynie sine, spierzchnięte wargi. Ostatni raz, gdy ją spotkałem, burza kręconych loków za każdym poruszeniem głowy wpadała jej do oczu; teraz sięgały jej zaledwie do ramion, a ja mogłem patrzeć i patrzeć w jej brązowe oczy i nigdy nie wpadłbym na pomysł określić ich czekoladowymi. Były – jak cała Marla – czekoladopodobne, jak wyrób, który nie rozpuszcza się pod wpływem ciepła, a jedynie zamienia w lepką breję, bo kiedy pięć lat temu piegi dodawały jej uroku, dziś wyglądały jak żart na rudowłosej dziewczynce. Włosy Marli nigdy nie były rude, ale ciemny blond bardziej przypominał słomę niż jakikolwiek odcień miodu, a mnie, jak długo pamiętam, zawsze kojarzyły się z niedzielnymi śniadaniami i miodem na świeżym, jeszcze gorącym chlebie. Miała tak samo owalną twarz jak przy ostatnim spotkaniu, ale dziś, widząc pieprzyk na lewym policzku, myślałem tylko o tym, jak bardzo mam ochotę wyciągnąć pióro i dorobić jej taki sam po drugiej stronie nosa, jak gdyby bez tego wszelkie zasady symetrii i wszechświata nie mogły współistnieć.
— Wejdź — powiedziałem, cofając się w drzwiach i nie mogąc oderwać wzroku od tego kuriozalnego widoku Marli wchodzącej do mojego mieszkania po pięciu latach wzajemnej ignorancji. Czy powinienem jej zaproponować kawę? Marla, którą znałem, nie potrafiła przeżyć dnia bez kawy z mlekiem, ale Marla przede mną nie przypominała w żadnym stopniu prawdziwej Marli.
Chyba powinienem nadać jej nowe imię – czuję, że moje myśli brzmią śmiesznie.
— Nie byłam pewna, czy tu będziesz — powiedziała, przygryzając wargę i mierząc mnie spojrzeniem, którego nie potrafiłem rozszyfrować. Nie potrafiłem nigdy, pomimo tego, że zawsze upierała się moja twarz jest jak książka, nienawidzę tego. Byłem w stanie podać pięć innych rzeczy, których nienawidziła Marla, ale ona sama zawsze była największą zagadką, jakby na przekór temu, co chciała sobą reprezentować.
Zamilkliśmy oboje, ona wpół słowa, z otwartymi ustami, jak gdyby chciała mi coś powiedzieć, ale zrezygnowała z tego w ostatniej chwili.
— Chcesz się przejść? — spytała w końcu, prawie wypluwając te słowa, a ja tylko nieznacznie pokręciłem głową, z cieniem przerażenia wpatrując się w oblicze Marli. Nie wiedziałem, dlaczego tu jest, a jej zachowanie – jakby w obawie, że sama obecność nie wystarczała – budziło nieprzyjemne poczucie niewytłumaczalnego niepokoju. Przełknąłem ślinę zastanawiając się jak długo będę musiał czekać aż dowiem się, co jest powodem jej najścia mnie w samo południe.
— Chyba pada? — Jej mokre włosy były wystarczającym dowodem, a ja…
A ja dopiero w tej chwili zorientowałem się, że to nie była propozycja przypadkowego spaceru.
— Nie ułatwiasz mi tego — szepnęła, a ja już wiedziałem, że cokolwiek Marla miała mi do powiedzenia, było to tak nieprzyjemne, dla niej wręcz niekomfortowe, że chciała i mi odebrać trochę z poczucia bezpieczeństwa, które dawało znajome mieszkanie. Nie byłem głupi, nie byłem zwolennikiem równych startów i szans, ale – co najważniejsze – nie byłem posiadaczem żadnego parasola, a nie w smak byłoby przeziębienie się w tak idiotyczny sposób.
Zamknąłem za nią drzwi i stanęliśmy naprzeciw siebie: ja, niewiele wyższy od Marli, z tą irracjonalną przewagą nad wskazaniem jej miejsca, w którym może usiąść – i ona, ze zmoczonymi włosami i cieniem dawnej siebie, trzęsąca się lekko z zimna, a pomimo tego to mnie przeszły ciarki. Patrzyliśmy tak na siebie przez chwilę, zrobiło się ciężko i nieprzyjemnie, a niewypowiedziane słowa grzęzły pomiędzy nami z każdą mijającą sekundą, uświadczając nas w przekonaniu, że trzeba było je wyrzucić z siebie na samym początku. Ciszę przerywało tylko natrętne kapanie wody z niedokręconego kranu i to, co irytowało mnie w tej chwili bardziej od niesymetrycznego pieprzyka Marli to wstrętne kap, kap, kap odliczające czas do wielkiego wybuchu, jakim miały być słowa blondynki.
— Herbata ci pomoże? — spytałem tak, jak gdyby od jej szeptu nie minęło za dużo czasu, ale w odpowiedzi pokręciła tylko głową. Nie mogłem trwać tu wiecznie, nie kiedy woda lecąca z kranu i Marla tutaj szargały moje nerwy z dwóch stron, tak więc próbując rozładować trochę atmosferę przywołałem na twarz uśmiech i rzuciłem, na tyle swobodnie, na ile byłem w stanie: — Kawa?
Marla uśmiechnęła się w odpowiedzi, a ja odetchnąłem z ulgą i wyciągnąłem rękę po brązowy płaszczyk, który miała na sobie. W chwili kiedy wieszałem go na stojaku w moich myślach pojawiło się pytanie, które wstrząsnęło mną na tyle, bym znieruchomiał na ułamek sekundy.
Kim była dla mnie Marla Dawson, że w momencie pojawienia się jej w moim mieszkaniu traciłem resztki samokontroli?
Pięć lat temu widywałem ją względnie często, razem pijaliśmy kawę i paliliśmy podobne papierosy, choć nigdy nie rozumiałem jej poczucia humoru. Kiedy chodziłem do pracy na wieczorną zmianę, popołudnia spędzałem z Marlą w wypożyczalni, wspinałem się po drabinie i szukałem najlepszych kaset, które potem mogliśmy oglądać w akompaniamencie taniego jedzenia zza rogu. To mnie przypadła mało zaszczytna rola tego, kto ukształtował jej gust filmowy – w wolnych chwilach spieraliśmy się o wyższość Bunuela nad Dalim i choć początkowo nie chciała dać się przekonać, byłem prawie pewny, że jej późniejsze argumenty to konsekwencja słów, których nie chciała cofnąć, jakby w obawie przed tym, że miałbym wybuchnąć gromkim śmiechem. Nic bardziej mylnego, Marla nigdy nie była obiektem moich żartów, a nasze dyskusje nie sprowadzały się do wygranych i przegranych, stawiania odpowiedniej ilości gwiazdek przy konkretnych kasetach; czasem żałowałem, że nie jestem w stanie przenieść tych rozmów na inny pułap, bo nadszedł taki czas, kiedy pojawiałem się w piwnicy, a ona już wsuwała VHS do odtwarzacza. Tylko czasem zahaczaliśmy o tematy innej sztuki, wtedy przekonałem się, że Marla śmieje się z Duchampa. Raz z torebki wypadł jej Fitzgerald, ale schowała go szybciej, niż zdołałem dojrzeć tytuł na okładce; milczała, gdy wspominałem o jej meloniku, łudząco podobnym do tego, który nosił Churchill, a ja z czasem zaakceptowałem fakt, że bez Rose mogliśmy rozmawiać tylko o filmach i historiach dziejących się na naszych oczach.
Pięć lat temu Marla przyjaźniła się z Rose, która była całym moim światem.
Nazywała się Rosemary, ja myślałem o niej Rose, choć czasem nazywałem Mary, w zależności od dnia, pogody, humoru i miejsca. Na pierwszą randkę przyniosłem jej białą lilię i zażartowałem stwierdzeniem, że nie byłem do końca pewien, jak miała na imię – wystarczyło, by rozładować atmosferę i usłyszeć jej śmiech, śmiech, dla którego później byłem w stanie popełnić wiele głupot. Była idealna do granic możliwości, z czerwoną szminką na ustach i w mojej koszuli, pewnej nocy czekała na mnie w łóżku aż wrócę z baru, a porankiem obudził mnie zapach rozmarynu, który dodała do ciastek. Zapakowała je w szary papier, schowała do kieszeni kurtki i szepnęła do ucha, że nie może znieść myśli, jakbym miał nie mieć jej obok siebie – a ja już wiedziałem, że nigdy nie chcę mieć nikogo innego. Każdego wieczora serwowałem w barze drinki dziesiątkom kobiet, ale odkąd ujrzałem Rose wiedziałem, że to ona będzie najmilszym kłopotem, jaki zjawił się w moim życiu.
Nie myślałem, że pewnego dnia może rozpłynąć się bez śladu, bez słowa wyjaśnienia, jak gdybym był tylko epizodem w jej wielkim planie, szlakiem, który się już przetarł, niepotrzebnym elementem, który można odrzucić w kąt. Chociaż to tak bardzo niepoprawne, czułem się jeszcze gorzej, jednego popołudnia całując ją w policzek i nie wiedząc, że to ostatni dzień, w którym ją widzę – zniknęła bez uprzedzenia, jakiegokolwiek pożegnania, choć nie wiem, czy na podobne sytuacje istnieją odpowiednie słowa. Wiem tylko, że Rose ich nie znalazła, przepadła w jednej chwili, jak kamień w wodzie, a Marla była w stanie powiedzieć mi tylko, że wyjechała. Nie wiedziała gdzie, na ile i dlaczego, nie wiedziała, czy to moja wina, ją też zostawiła Rose, z tą różnicą, że Marla miała swoje historie na kasetach, tysiące dźwięków i obrazów, podczas gdy mnie został jedynie alkohol rozlewany do dziesiątek szklanek każdego wieczora.
Alkohol i dziesiątki szklanek, w pomieszaniu z tym, o czym nie chciałem myśleć.
Tych kilka miesięcy z Rose – to było jak zachłyśnięcie się tym wszystkim, czego nigdy nie miałem, obrazami serwowanymi na kliszach, tandetnymi zdjęciami par trzymających się za ręce, pocałunkami i śmiechem w uszach, choć widząc w lustrze bukiet rozmarynu, śmiałem się głośno z własnego odbicia. Byłem jak ślepy głupiec, w początkach tego, co mieliśmy znajdując radość z całego życia – bez Rose nie było takie pełne. Nigdy nie była moją różą, bo dla mnie nie miała kolców, niezręczne rozmowy i jej uśmiech, który płoszył wystudiowane wcześniej gesty i słowa, przy niej traciłem zmysły i nie zastanawiałem się nad tym, co jutro czy wczoraj. Ta początkowa nieśmiałość, płochliwość gestów, ucieczki spojrzeń i myśli, na które nie wiedzieliśmy, czy możemy sobie pozwolić, gubiłem wszystko to, co mówiło: to nierealne. Byliśmy tam, razem, jak nowicjusze doświadczając bajkowych historii, wstydliwych pierwszych pocałunków i zazdrosnych spojrzeń tych, którzy obserwowali nas z boku.
Dzisiaj nie mam już Rose. Nikt mnie o to nie pyta, ale gdy widzę Marlę wiem, że już wcale nie chcę jej mieć, tej Rose sprzed sześciu i pięciu lat. Tej pierwszej, która wepchnęła mnie w przesadzony świat bez gorzkich łez, okręciła wokół siebie tak, że nie byłem już Lukiem Brownem, a chorym szczeniakiem z nieobecnym, narkotycznym uśmiechem szczęścia na ustach, z naiwnym marzeniem o tym, jak świat pada mi do stóp. Teraz wiem, że stałem po kostki w bagnie, a z każdym tym nędznym zrywem romantyczności, sadzeniem roślin w doniczkach na parapecie i wycieczkami po dachach Londynu, z tym wszystkim – zapadałem się coraz głębiej, w końcu lądując po uszy w gównie, nawet jeśli pozornie pachniało rozmarynem. Zostałem typową nastolatką z romantycznych opowieści w wieku dwudziestu jeden lat, z wielką ideą miłości, bo to te dwa słowa, kocham cię, szeptałem do uszu Rose, a ona odpowiadała tym samym. Dzisiaj czuję zniesmaczenie na samą myśl o tym, co mogło wydawać mi się sześć lat temu, patrzę na siebie z tamtego czasu i zastanawiam się, czy nazywałem się wtedy Luke Brown, a jeśli tak – jak można na rok przestać być sobą?
Mogę śmiać się tylko z tego, jaką Rose sprzed pięciu lat, ta sama, której wtedy nie mogłem pojąć, którą wciąż kochałem i nienawidziłem jednocześnie, za którą, gdybym tylko wiedział gdzie, chciałem jechać na drugi koniec świata – jaką właśnie ta Rose wyświadczyła mi przysługę.
Teraz tylko obserwowałem Marlę, która przecież wiedziała, gdzie iść, a i tak odwróciła na mnie niepewna wzrok, szukając jakiegoś niemego potwierdzenia; kiwnąłem głową, wskazałem jej kuchnię i przez moment zastanawiałem się czy to na pewno dobry pomysł. Mogłem powiedzieć jej, że nie mam czasu, zaraz muszę gdzieś wyjść, odwlec rozmowę, tę, której treść pozostawała mi nieznajoma, a przez to jeszcze bardziej paraliżująca. Zawsze, zawsze, gdy ktoś mówił mi musimy porozmawiać podświadomie czułem, że to nie może być nic dobrego. Marla może nie użyła tych dwóch słów, słów, które przecież zwiastowały katastrofę, ale była tutaj, w mojej niebieskiej kuchni, właśnie odsuwała krzesło, wcześniej posyłając mi pytające spojrzenie. Tak bardzo, jak chciałem podejść do niej, złapać ją za ramiona i potrząsnąć, krzycząc „Marla, co się dzieje?”, tak bardzo bałem się poznać odpowiedzi.
Stojący na kuchence czajnik napełniłem wodą i przez chwilę szukałem zapałek, starając się ignorować niepozmywane naczynia w zlewie. Marla zdążyła już zawiesić na nich wzrok, zresztą – w tym ciasnym pomieszczeniu były chyba jedyną rzeczą wartą uwagi, niewielka lodówka, kilka szafek z niebieskimi drzwiczkami, w rogu upchane dwa krzesła i stolik, na ścianie zeszłoroczny kalendarz wskazywał grudzień 1978 roku, a ośnieżone drzewa na nim były chyba jedyną ozdobą. Wstawiłem wodę, odwróciłem się przodem do Marli i po chwili milczenia spytałem:
— Co u ciebie? — W chwili zadania tego pytania już czułem, że jest bardzo głupie, ale zagryzłem tylko wargę – chyba w obawie przed tym, że mogę rzucić kolejny idiotyzm.
Marla przez chwilę patrzyła na mnie swoimi dużymi, teraz wręcz wyłupiastymi oczami, chyba równie zdziwiona tym, jak bardzo utartymi schematami mieliśmy się właśnie posługiwać, ale w końcu odpowiedziała ostrożnie:
— Niewiele się zmieniło… Tylko mieszkanie. Wciąż pracuję w wypożyczalni. — Zagryzła wargę i zmierzyła mnie niepewnym spojrzeniem, a ja, widząc, że chce coś powiedzieć, nie zabierałem głosu. — Luke, wiem, że teraz powinnam spytać, co u ciebie, ale nie po to tutaj przyszłam i nie chcę…
— Co u Daniela? — przerwałem jej i w tej chwili obydwoje zamilkliśmy. Marla patrzyła na mnie ze zdziwieniem, a ja sam kląłem na siebie w myślach. Zacisnąłem mocno usta, jak i pięści, świetnie, Brown, oto dorosłe podejście do sprawy. Nawet sam sobie nie potrafiłem wytłumaczyć, co w tym wszystkim stresuje mnie aż tak mocno, że musiałem posiłkować się podobnie tandetnymi chwytami – zwłaszcza, że siedząca przede mną osoba była chyba ostatnią, która dałaby się na nie nabrać.
Przynajmniej w tej kwestii się nie myliłem – Marla, kiedy już odwróciła ode mnie wzrok, z powrotem wbijając go w swoje paznokcie, nie odpowiedziała. Równie dobrze wiedziała, że wcale nie interesowała mnie odpowiedź, obróciła tylko pierścionek na palcu i zwróciła się do swoich dłoni:
— Naprawdę muszę ci to powiedzieć. Wolałabym nie, naprawdę. — Tym razem uparcie milczałem, w duchu wciąż ganiąc się za wcześniejsze zachowanie. — Wiem, że to już jest przeszłość i pewnie nie chcesz do tego wracać, ja też nie, ale… ale Rose wraca. Do Londynu.
Marla podniosła na mnie wzrok, a ja czułem, jak bagaż, który zrzuciła z ramion przelatuje gdzieś obok i ląduje z wielkim hukiem. Nie na mnie. W jednej chwili poczułem ulgę i uśmiechnąłem. To była ta nieprzyjemna wiadomość, ta, która miała wywrócić mój świat do góry nogami? Zaśmiałem się pod nosem i całe napięcie, które zebrało we mnie przez te kilka chwil, zdążyło uciec w jednej sekundzie.
— W porządku. — Marla zamrugała, zdziwiona, a ja tylko pokręciłem głową, wciąż uśmiechając się do samego siebie. — Naprawdę w porządku.
Czy spodziewała się, że ta wiadomość będzie dla mnie jakiś wielkim ciosem? Może wciąż widziała we mnie zakochanego głupca, który nie potrafił przyjąć do wiadomości tego prostego komunikatu Rose: już cię nie chcę, tyle tylko, że ja nie chciałem jej równie mocno, już nie. Nie musieliśmy mieć nic wspólnego, nie przywłaszczałam sobie żadnej części Londynu, nie miałem bronić jej chodzenia moimi uliczkami czy kupowania świeżego pieczywa w mojej piekarni, tak naprawdę mogliśmy mijać się na Oxford Street i uśmiechnąć do siebie na wspomnienie starych czasów. Kiedyś mogłem czuć żal czy ośmieszenie, ale to wszystko już wyparowało, nie potrzebowałem jej nic wygarniać, rzucać oskarżeniami czy ruszać sumienie. Nie byłem już na nią zły, nie miałem nawet niczego za złe, tak naprawdę – nie chciałem od Rose nic, może tylko by pozostała wspomnieniem mojego dwudziestego pierwszego roku życia.
— Nie, ty chyba mnie nie zrozumiałeś — zaczęła Marla, a ja tylko uśmiechnąłem się szerzej.
— Posłuchaj…
— Nie, Luke, to ty mnie posłuchaj — przerwała mi, po raz pierwszy nieco podnosząc głos, a ja byłbym ślepy gdybym nie dostrzegł jej nerwowego zakładania kosmyków włosów za ucho. — Rose wraca do Londynu i musi się mieć gdzie zatrzymać, a to… to jest jej mieszkanie.
Marla zamilkła, a ja skamieniałem. Nie myślałem, ale nie chciałem widzieć tej miny, która właśnie pojawiała się na jej twarzy. Uśmiechnąłem się i parsknąłem lekkim śmiechem, nagle bardzo żałując, że nie mokniemy na zewnątrz.
— Jasne — powiedziałem, bo co innego miałem powiedzieć w chwili, gdy Marla patrzyła na mnie swoimi brązowymi, wyłupiastymi oczami? Nie uśmiechnęła się jednak, nie posłała mi żadnego spojrzenia mówiącego „wiem, że niefajnie, ale to życie”, a ja nie wiedziałem, jak powinienem się teraz zachować, bo jedynym, co miałem w głowie było gdzie ja, do cholery, mam się wynieść. Chciałem pytać dlaczego, jakim prawem, jednak doskonale wiedziałem jakim prawem, bo mogłem być tylko barmanem, ale zdawałem sobie sprawę z tego, jakimi zasadami posługuje się ten świat. — Jak… — zacząłem, ale zaraz pokręciłem głową. Gdyby przede mną stała Rose, mógłbym wchodzić w tę dyskusję, mówić i zadawać pytania, ale przy stoliku siedziała Marla, Marla, która była tylko jakimś pośrednikiem, niczemu winna, a ja, zaczynając to przy niej, czułbym zażenowanie patrząc na własne odbicie. — Kiedy będzie tu Rose?
— Pod koniec miesiąca.
Kiwnąłem głową na znak tego, że zrozumiałem i przyswoiłem tę wiadomość. Trzy tygodnie. Miałem trzy tygodnie na spakowanie swojego życia i znalezienie nowego miejsca, gdzie mogłem je umieścić, nawet tymczasowo. Czajnik zaczął gwizdać, a ja usłyszałem donośny trzask dobiegający z innego pokoju.
Komentarze
Prześlij komentarz