Przejdź do głównej zawartości

Marla

      30 czerwca nie było hucznego końca, wyrzucania czapek do góry, radosnego śmiechu i wybiegania ze szkoły trzymając się za ręce. Siedzieliśmy na wzgórzu w Hogsmeade, w milczeniu obserwując odjeżdżający z naszymi bagażami pociąg; ja paliłam papierosy, jednego za drugim, dzieląc się z Danielem ostatnią paczką. W kieszeni poza nią miałam dwa sykle i cztery knuty, mój majątek na nowe, dorosłe życie, lepszy start, koniec wyścigu szczurów, to jednak wciąż zabawne, że są ludzie, którzy w to wierzą. Dexter i Jim otwierali przyniesione piwa, jeden z nich podał mi butelkę, ale kiedy chciałam przyłożyć szyjkę do ust, ten drugi upomniał mnie:
      — Poczekaj na wszystkich!
      Poczekałam więc i w ten sposób, razem, zaczęliśmy świętować naszą świetlaną przyszłość. Pijąc mugolskie piwo i paląc mugolskie papierosy, świadectwo tego, jak wielkimi czarodziejami mogliśmy się stać przez ostatnie siedem lat.

      — Myślicie czasami o przyszłości? — Po opróżnieniu prawie wszystkich butelek i wypaleniu kilkunastu papierosów w końcu nadszedł czas na pytanie, które dusiło się w ustach Rose od kilku godzin.
      Brian spojrzał na nią unosząc kpiąco brwi.
      — Mam osiemnaście lat i właśnie skończyłem szkołę, jak miałbym nie myśleć o przyszłości? — spytał dość retorycznie, a usta siedzącego obok niego Dextera zadrgały w lekkim uśmiechu. — Znowu wypiłaś trochę alkoholu i wzięło cię na nostalgiczne rozważania?
      — Przecież wiesz, o co mi chodzi. — Nie dała się zignorować, jedynie przekrzywiła lekko głowę i zmarszczyła brwi jakby przez to miał zacząć traktować ją poważniej. — Takiej, no wiecie, dalekiej. Kim będziecie, jak będziecie się zachowywać, co robić, czym zajmować za, powiedzmy, piętnaście lat. Będziecie mieć męża, żonę? Dzieci? To jest dla mnie zupełnie abstrakcyjne. — Uśmiechnęła się do samej siebie. — Moja mama, w naszym wieku, już znała mojego ojca, spotykali się od kilku miesięcy. Za jeszcze kilka wzięli ślub, a ja... a ja jestem w jakiejś wielkiej niewiadomej. Zawsze myślałam, że po skończeniu szkoły znajdę sobie męża, pracę, będę miała dzieci...
      — I żyła długo i szczęśliwie? — wpadł jej w słowo Jim, uśmiechając się przy tym pod nosem.
      — Och, odwalcie się — mruknęła nieco zirytowana śmiechem nas wszystkich i poprawiła ciemne kosmyki włosów wpadające jej do oczu. — Nie chcę nawet księcia na białym koniu, po prostu, jutro dostanę wyniki egzaminów i... co dalej? — Podniosła wzrok na Briana, ale nie otrzymawszy odpowiedzi, powiodła nim po każdym z nas.
      Nie wiem, czego spodziewała się usłyszeć. Szalonego planu na nadchodzącą dorosłą młodość, sposobu, jak przeżyć życie nie męcząc się za bardzo, recepty na lepsze jutro? Nigdy nie byłam i nigdy nie będę lekarzem, wiem, że pod piersią mam serce, a jeszcze niżej żołądek, przygotowana do życia przez magiczny system ja, Marla D, osiemnastolatkowie na start.
      Tak, mam osiemnaście lat, a czuję się jeszcze większym dzieckiem niż wtedy, kiedy po raz pierwszy ujrzałam Hogwart.
      Patrzę wokół, ale nic się nie zmienia, obok siedzi Daniel i rękoma skubie trawę, bo papierosy skończyły się nam już godzinę temu. Czasami myślę, że żyję tylko w czasie od-do, od paczki pierwszej do ostatniej, liczę pensy w kieszeniach i zagryzam wargę chcąc wyssać z niej nikotynowe resztki, obgryzam paznokcie w jakimś neurotycznym szale, tak bardzo jestem samodzielna i niezależna, wiwat nam z przeszłości, kiedy myśleliśmy, że w ten sposób możemy ukraść dorosłość, albo chociaż jej fragment. Dziś już dawno skończyłam siedemnaście lat, nawet więcej, gdybym miała pieniądze mogłabym kupować używki w centrum Londynu, a moja dorosłość jest właśnie jak ten kawałek marnej, nieudanej kradzieży sprzed kilkunastu miesięcy – śmieszna sama w sobie, ale kiedy patrzę w lustro, moje usta wcale nie wyginają się w uśmiechu. Na twarzy mam makijaż by ukryć podkrążone oczy, ale chyba nigdy nie potrafiłam kłamać, kraść, choć może to wszystko jest jedynie dziełem jakiegoś przypadku. Nie wierzę w boga, który patrzy na mnie każdego dnia i obserwuje każdy mój ruch, choć jeśli tak jest, muszę być jego nieudaną komedią, sytuacyjnym żartem scenarzysty, bohaterem pojawiającym się na chwilę by móc poślizgnąć się na skórce od banana i przebrzmieć gdzieś w fali śmiechu, dwie sekundy na ekranie, nawet nie procent całej produkcji. Tak udaję, że znam – liczby czy zasady, ale mogę potrafić liczyć, a mimo tego gubić się w ułamkach, jedno skomplikowane równanie i już jestem na dnie.
      Świat to chyba nie jest miejsce dla ludzi takich jak ja, społecznie nieobecnych, myślących przed zrobieniem kroku, obracających się na wietrze i zamykających oczy w chwili strachu, najbardziej odważna jestem z opróżnioną butelką wina we krwi.
      — Przestań do nas mówić tak, jakbyśmy my mieli wiedzieć — mruknął w końcu Daniel, w rękach obracając pustą już butelkę. Paznokciami zdrapywał z niej etykietę, a ja uśmiechnęłam się pod nosem, bo nigdy nie udawało się mu tego zrobić doszczętnie jej nie niszcząc; teraz też strzępy materiału leżały na trawie przy jego stopach.
      — Może wiemy — zasugerowała na przekór mu Ida, przewracając się na plecy i przymykając oczy przed promieniami słońca padającymi jej na twarz. — Może wiemy, ale ci nie powiemy, bo nie chcemy żeby ci się udało.
      — Co udało? — Rose, wyraźnie rozbawiona, wychyliła się zza Briana, a ja już wiedziałam, że to bardzo dobre pytanie, bo nikt nie odpowie jej: „życie, Rose, chcielibyśmy żeby udało się nam życie". Mogliśmy być niepoprawnymi optymistami, idealistami kończącymi niżej niż zaczynali, ale już nie udawaliśmy przed sobą, że możemy tak wiele. W dłoniach dzierżyliśmy różdżki, ale nie potrafiliśmy zrobić z nich użytku, teraz nawet nie wiem, dlaczego mówię za nas. Na co dzień nie poczuwam się do zbiorowej odpowiedzialności, tego chorego „my" zamiast „ja", które podobno w związkach występuje dopiero po jakimś czasie, brodzenia w niewiadomym do momentu, kiedy ktoś w końcu powie wyraźnie, przeliteruje, przełamie lody. Nie jesteśmy parą, nie jesteśmy nawet romantycznie związani, choć nasze towarzystwo jest trochę jak związek, uzależniające od braku czasu i swobody myśli.
      Tak naprawdę nie potrafię nawet wskazać, w którym miejscu się to zaczęło.
      Nie jesteśmy. Nie określamy się tym zaimkiem dłużej, niż wypada, gdzieś do bezpiecznej granicy ironii i cynizmu, operujemy tylko tym, co wygodne i pasujące do potrzeby chwili. Czasami mijamy się bez słowa i idziemy dalej, w milczeniu wypalamy papierosa ukryci gdzieś pomiędzy szklarniami, przypadkowym potrąceniem łokcia rozbijamy kałamarze i zostawiamy po sobie plamy na drewnianych podłogach. Dzielimy niektóre wspomnienia, nocne wycieczki nad jezioro i nagie kąpiele wczesną jesienią, mroźne wschody słońca oglądane na miotłach pomimo tego, że kiedyś myślałam, że mam lęk wysokości. Dzisiaj lękam się wielu rzeczy, ale na pewno nie tego, że stracę cokolwiek, bo niewiele posiadam – jesteście dla mnie tu i teraz, przypadkiem na korytarzu i przy wspólnym śniadaniu, może będziecie w przyszłości, o której dziś nie potrafimy wiele powiedzieć. To, co mam, trzymam mocno i nie puszczam, jakby w obawie przed nagłym podmuchem wiatru, który strąca karty ze stołu.
      Niektórzy z was wiedzą, że nazywam się Marla D, mam osiemnaście lat i skończyłam szkołę. Z innymi grałam w klasy na południowym dziedzińcu, ale dzisiaj i tak siedzimy tu wszyscy, łączymy się w tej nostalgicznej przyjemności, której nie jesteśmy sobie w stanie odebrać, dzielimy alkoholem i częstujemy papierosami, wierzymy w lepsze jutro, a może tylko o nim dyskutujemy, to nieważne. Możemy mówić albo milczeć, sprzedawać sobie marne obietnice i snuć dalekosiężne plany, to i tak wszystko na nic, bo za kilka godzin aportujemy się na King's Cross, odbierzemy swoje bagaże i każdy z nas rozejdzie się w swoim kierunku.
      Niezależni osiemnastolatkowie w wielkim mieście.

Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Obok Marli

       O czwartej nad ranem Hackney nie budziło się do życia.        Niebo było jeszcze granatowe, choć od strony Stratford spowijała je już bladoniebieska łuna, dzień nie bił się jednak z nocą, nie toczył bezistotnej walki, słońce nie próbowało wedrzeć się na nieboskłon, apatycznie poruszając się po widnokręgu – jakby ze świadomością tego, że wczorajszego wieczora jego wschód zapowiedziano na za dopiero pięćdziesiąt trzy minuty. W Hackney Downs bezdomny marzł w półśnie, a mijająca go Marla, uprzednio wziąwszy głęboki oddech, poprawiła koc, który mężczyzna przyciskał do ławki już tylko jedną nogą, pozwalając całej reszcie opaść na ziemię.        Siedemset pięćdziesiąt stóp później schyliła się i skostniałymi dłońmi zaczęła niezdarnie rozpinać paseczki obcasów po to, by za chwilę zakląć pod nosem – już któryś raz ściągnęła buty zanim otworzyła mieszkanie. Stojąc na palcach i przeskakując z nogi na nogę wygrzebała z torebki klu...

Luke

     Początkowo nie poznałem Marli.      Miała na sobie szerokie spodnie trzymające się jedynie za sprawą mocno ściśniętego na biodrach paska, a ja pamiętałem ją z czasów kiedy nosiła rozkloszowane spódniczki i sukienki, dzięki którym łudząco przypominała Catherine Deneuve za swojej świetności. Dzisiaj we włosach nie miała już wpiętej wstążki, na ustach nie błąkał się cień uśmiechu, a czerwoną pomadkę musiała zostawić w domu, bo widziałem jedynie sine, spierzchnięte wargi. Ostatni raz, gdy ją spotkałem, burza kręconych loków za każdym poruszeniem głowy wpadała jej do oczu; teraz sięgały jej zaledwie do ramion, a ja mogłem patrzeć i patrzeć w jej brązowe oczy i nigdy nie wpadłbym na pomysł określić ich czekoladowymi. Były – jak cała Marla – czekoladopodobne, jak wyrób, który nie rozpuszcza się pod wpływem ciepła, a jedynie zamienia w lepką breję, bo kiedy pięć lat temu piegi dodawały jej uroku, dziś wyglądały jak żart na rudowłosej dziewczynce. Włosy Marli ...