Początkowo nie poznałem Marli. Miała na sobie szerokie spodnie trzymające się jedynie za sprawą mocno ściśniętego na biodrach paska, a ja pamiętałem ją z czasów kiedy nosiła rozkloszowane spódniczki i sukienki, dzięki którym łudząco przypominała Catherine Deneuve za swojej świetności. Dzisiaj we włosach nie miała już wpiętej wstążki, na ustach nie błąkał się cień uśmiechu, a czerwoną pomadkę musiała zostawić w domu, bo widziałem jedynie sine, spierzchnięte wargi. Ostatni raz, gdy ją spotkałem, burza kręconych loków za każdym poruszeniem głowy wpadała jej do oczu; teraz sięgały jej zaledwie do ramion, a ja mogłem patrzeć i patrzeć w jej brązowe oczy i nigdy nie wpadłbym na pomysł określić ich czekoladowymi. Były – jak cała Marla – czekoladopodobne, jak wyrób, który nie rozpuszcza się pod wpływem ciepła, a jedynie zamienia w lepką breję, bo kiedy pięć lat temu piegi dodawały jej uroku, dziś wyglądały jak żart na rudowłosej dziewczynce. Włosy Marli ...
O czwartej nad ranem Hackney nie budziło się do życia. Niebo było jeszcze granatowe, choć od strony Stratford spowijała je już bladoniebieska łuna, dzień nie bił się jednak z nocą, nie toczył bezistotnej walki, słońce nie próbowało wedrzeć się na nieboskłon, apatycznie poruszając się po widnokręgu – jakby ze świadomością tego, że wczorajszego wieczora jego wschód zapowiedziano na za dopiero pięćdziesiąt trzy minuty. W Hackney Downs bezdomny marzł w półśnie, a mijająca go Marla, uprzednio wziąwszy głęboki oddech, poprawiła koc, który mężczyzna przyciskał do ławki już tylko jedną nogą, pozwalając całej reszcie opaść na ziemię. Siedemset pięćdziesiąt stóp później schyliła się i skostniałymi dłońmi zaczęła niezdarnie rozpinać paseczki obcasów po to, by za chwilę zakląć pod nosem – już któryś raz ściągnęła buty zanim otworzyła mieszkanie. Stojąc na palcach i przeskakując z nogi na nogę wygrzebała z torebki klu...